Fascynujące spotkanie z redaktorem Juliuszem Markiem, czyli w Tolkmicku o Tolkmicku. Odsłona pierwsza.
Od 18 lat z inicjatywy Juliusza Marka prezentowany jest w kinie Światowid cykl zatytułowany „Elbląg na dużym ekranie”. Jego pomysłodawcą i realizatorem jest człowiek orkiestra, dziennikarz, regionalista, pasjonat historii, krajoznawca, twórca Telewizji Elbląskiej, autor publikacji, reportaży i filmów dokumentalnych o naszym jakże bogatym i pełnym rozmaitości regionie. Człowiek ulepiony z wiedzy, pasji i elokwencji, słynący ze swobody i potoczystości snutych opowieści, nawiązujący wspaniały kontakt z odbiorcami, sypiący jak z rękawa faktami historycznymi, anegdotami i dygresjami, urodzony gawędziarz zdolny pobudzać wyobraźnię i wyzwalać ogromne emocje u słuchaczy.
Dokładnie rok temu, 20 marca 2025 roku, pojawił się wśród tematów cyklu wątek poświęcony cegielniom funkcjonującym dawniej nad Zalewem Wiślanym wzbogacony o informacje dotyczące Kadyn i Tolkmicka, miejsc wsławionych tradycjami ceramicznymi o artystycznym wymiarze. Gdy o tym usłyszeliśmy, także o powtórzonym spotkaniu w domu podcieniowym Elfrida w Kamionku Wielkim, zapragnęliśmy zorganizować takie wydarzenie u nas, w Tolkmicku. Chcieliśmy się jednak podzielić naszą inicjatywą i poszerzyć krąg widzów o młodzież, z którą tak lubimy się spotykać i przeżywać wspólnie niezapomniane chwile. Dlatego dzięki pomocy Pani dyrektor Anetty Gulbertowicz przygotowaliśmy naszą „naukową sesję” w Zespole Szkolno-Przedszkolnym w Tolkmicku przy ul. Szpitalnej 6. Zaprosiliśmy klasę VII, nauczycieli, Pana Jacka Szuleckiego – redaktora ze Stowarzyszenia Polskie Telewizje Lokalne i Regionalne z siedzibą w Elblągu, wystawiliśmy swoją liczną reprezentację i z radością powitaliśmy naszego wspaniałego gościa, prelegenta oraz przewodnika, który zabrał nas w fascynującą podróż wiodącą w przeszłość miasteczka mającego w herbie trzy zielone liście dębu oraz czarny krzyż zakonny.
Juliusz Marek rozpoczął opowieść ab initio czyli od założenia Tolkmicka przez Krzyżaków, wytłumaczył, iż zabudowę miejską początkowo odsunięto od brzegu Zalewu Wiślanego z woli pragnącego panować nad żeglugą i rybołówstwem Pana Kraju, wspomniał o górującej nad miasteczkiem siedzibie elbląskiego mistrza rybickiego, o de facto obronnym dworze, zwanym jednak „zamkiem”, o jego zniszczeniu, o niesławnym odejściu Panów odzianych w białe płaszcze z czarnym krzyżem. I tak przebiegliśmy ekspresowo przez stulecia znaczone w Tolkmicku klęskami militarnymi i żywiołowymi, okupacjami obcych wojsk, kontrybucjami drenującymi kieszenie mieszczan, powodziami, pożarami, epidemiami dżumy i cholery, aż znaleźliśmy się na uroczym, odbudowanym po licznych zniszczeniach tolkmickim rynku w okresie międzywojennym, w czasie dosyć dobrym dla rozwoju miasta, spokojnym, może nawet sielankowym, przynajmniej tak zachowanym we wspomnieniach jego byłych mieszkańców.
W tym miejscu do akcji po raz pierwszy wkroczył dokument filmowy wspomagający obrazowo tok potoczyście płynącej opowieści. Zobaczyliśmy księdza Andrzeja Kilanowskiego, doktora nauk teologicznych, historyka i nauczyciela akademickiego, siedzącego na zabytkowym murze okalającym farę pw. św. Jakuba i zaczytującego się we wspomnieniach pewnej tolkmiczanki; napisała je jako osoba dorosła, bardzo doświadczona przez traumatyczne przeżycia związane z zakończeniem II wojny światowej, ale zawarła w nich spojrzenie na miasto młodego dziewczęcia, które postrzegało swój mały rodzinny świat z naiwnością typową dla dziecka.
W tym ujęciu prezentuje się Tolkmicko jako maleńkie i ukochane miasteczko, zamieszkałe przez ludzi skromnych, w większości klepiących biedę, lecz także niezwykle odważnych i przedsiębiorczych.
Odwagą charakteryzowali się tolkmiczanie pływający na łodziach, rybacy, a przede wszystkim żeglarze. W miejscowych zakładach szkutniczych, prowadzonych przez Johanna Petera Wellma, a później Heinricha Gottfrieda Modersitzkiego (ojca) i Heinricha Modersitzkiego (syna), wymyślono i budowano przez ponad 100 lat łodzie o unikalnej konstrukcji, przystosowane do żeglowania po płytkich wodach zalewu, do pokonywania krótkich fal, a nawet do wyciągania na brzeg. Miały one dębowy kadłub o szczególnych proporcjach i właściwościach – płaskodenny, bez kila, z charakterystycznie uniesioną rufą; miały też gaflowe omasztowanie typu kecz (w przeciwieństwie do rejowego montowanego na kajtlach, zwanych barkasami). Te tolkmickie jednostki nazwano lomami – ksiądz Kilanowski zabawnie przetłumaczył ich miano jako „łomki”.
Owe lomy, gdy były jednomasztowe, służyły rybakom do połowów ryb. Lomy większe, dwumasztowe, zwane szkunami lub galeasami, wykorzystywane były jako łodzie frachtowe, przewożące towary. Ładowano na ich pokłady cegły i inne wyroby ceramiczne, żwir, piasek, tłuczeń służący do budowy dróg, drewno oraz uprawiane w okolicach Tolkmicka od wieków na masową skalę owoce i warzywa. Załadunkiem często zajmowały się kobiety, ich partnerzy natomiast pływali do portów Królewca, Pilawy, Elbląga, Braniewa czy Gdańska.
W historii najbardziej zapisały się lomy wykorzystywane do wyławiania głazów z morskiego dna. Było to rzemiosło tak niezwykłe, że nie ma nawet odpowiednika w języku polskim, określano je mianem Steinzangerei. Nazwa pochodzi od słowa Steinzange – żelazne kleszcze (cęgi) służące do podnoszenia kamieni. Tę nazwę odniesiono do ludzi, którzy się tym trudnili. Można ich zatem określić mianem „poławiaczy głazów”. Głazy, po które się wyprawiano z Tolkmicka zalegały na dnie Bałtyku, w paśmie ciągnącym się wzdłuż Mierzei Kurońskiej i Sambii, w szczególności na zachód od Brüsteort i na północ od Neukuhren; czasami pływano nawet dalej – do Bornholmu i Arkony szlakami wytyczonymi przez tolkmickich żeglarzy już w XVII – XVIII stuleciu.
Tolkmiccy szyprowie wyspecjalizowali się w fachu poławiania głazów, właściwie zmonopolizowali tę profesję. Szczególnie dużo zleceń mieli w latach budowy portu w Tolkmicku, w drugiej połowie XIX wieku oraz w latach 1935-1939, gdy wznoszono lub remontowano niezliczone budowle w portach w Królewcu i w Pilawie (pirsy, mola, nabrzeża, latarnie morskie). W tym czasie tolkmiccy śmiałkowie stacjonowali przez cały sezon wiosenno-letni w pobliżu Pilawy, w tak zwanym Głodnym Kącie (Hungerwinkel). Czekali na dobre warunki pogodowe (spokojne morze, niewielki wiatr), gdy takowe nastąpiły, udawali się na wypatrzone „łowiska”, tam rzucali kotwice i trudzili się wyławianiem głazów z głębin przez dwa – trzy dni. Jeżeli pogoda się zmieniała musieli uciekać i chronić się w najbliższym porcie, płaskodenne lomy nie były przystosowane do żeglowania po wzburzonym morzu.
Pogoda nie była jedynym niebezpieczeństwem, niebezpieczne było również samo wyławianie ciężkich, kilkutonowych głazów i ich układanie na pokładzie. Czyhało tu wiele zdarzeń, które szybko mogły przeistoczyć się w sytuację awaryjną. Tym bardziej, że całą pracę wykonywano ręcznie używając narzędzi, wielu kotwic i zwojów lin, wind transportowych, o technologii wymyślonej przed epoką przemysłową. Oczywiście niezbędnym elementem tego rzemiosła okazywał się nurek i jego ważące ponad 100 kilogramów wyposażenie.
Praca była bardzo intratna i niezwykle niebezpieczna. Do tego stopnia, że żadna firma nie chciała ubezpieczać tolkmickich Steinzangerów, a mówiono o nich z podziwem, że „Ci z Tolkmicka są szaleńczo odważni”. Mówiono też o nich, że są „Apostołami”, dziś nie wiadomo, czy sami się tak ochrzcili, czy nazwały ich tak szczury lądowe zafascynowane ich brawurą. Loma poławiacza głazów kosztowała 15.000 – 20.000 Marek, dla porównania – jednorodzinny dom w mieście można było nabyć za 10.000 Marek.
Teraz wspomnienia młodej tolkmiczanki kierują się do tych, którzy narażali się wprawdzie na niebezpieczeństwo wykonując swój fach, lecz nie aż tak wielkie, mowa o rybakach. Pływając na mniejszych „lomach zalewowych” oraz na Angelkahnach przywozili do miasta całe tony ryb. I mieszkańcy Tolkmicka głównie jadali ryby, one były w ¾ podstawą ich jadłospisu. Ryby kupowano jeszcze żywe, wprost z łodzi lub od kobiet roznoszących je w miskach i nawołujących w miejscowej gwarze – „flądry, alozy, jazgarze, świeżutkie, bierta je”. Poza tym można było nabyć jeszcze sandacze, stynki, leszcze i – najsmaczniejsze – węgorze. Pół kilograma węgorza kosztowało od 60 do 80 fennigów, to nie były zawrotne kwoty.
Ryby przyrządzano na wiele sposobów, gotowano je, wędzono, suszono, zaprawiano w occie, podawano w galarecie. Każda pora roku miała swoją rybę: alozy (śledzie) były wiosną, latem królowały węgorze, zimą dominowały sandacze i stynki, leszcze trafiały na stoły przez okrągły rok. Łowione nocą, maleńkie stynki, smażyło się w oleju i kładło w zalewę octową, leszcze, a to były duże ryby, gotowało się z cebulą i ziarnkami pieprzu, z wywaru powstawała zupa rybna.
Mięso jadało się rzadziej niż ryby, jeszcze rzadziej się je kupowało w sklepie masarskim. Każda rodzina trzymała w obejściu świnię, którą karmiono warzywami z ogródka i specjalną mąką. Jesienią było świniobicie i wyrabiano kiełbasy trzymane z myślą o zbliżających się świętach.
Wieczorami, na kolację, jadano zupę mleczną – zacierki oraz kluczki – wschodniopruskie kluseczki wyrabiane z mąki i ziemniaków (czy to przypadek, że kluczka oznaczała również węzeł żeglarski ?). Tak płynęło życie skromnie, może nawet biednie, ale w miasteczku wiele było radości, uśmiechu, nie brakowało poczciwych rozrywek, zabaw, festynów, potańcówek, targów organizowanych na rynku, przy ratuszu i przy gospodzie „Deutsches Haus”. Aż do pamiętnego stycznia 1945 roku, gdy zdarzyła się katastrofa, chyba największa w, i tak naznaczonych wszelakimi kataklizmami, dziejach „miasta garncarzy”, ta bowiem katastrofa nie tylko zniszczyła zabudowę miasta, ale przede wszystkim przerwała ciągłość jego istnienia, odeszli dawni mieszkańcy, na ich miejsce przybyli inni, z daleka, nieznający lokalnych tradycji, zwyczajów, rzemiosł; oni nie zobaczyli już słynnych Lomme.
Rosjanie nadeszli rankiem 26 stycznia, zaczęły się gwałty i rozboje, przerażeni tolkmiczanie uciekli do Fromborka, potem lodem przedostali się na Mierzeję Wiślaną i stamtąd obserwowali dymy i łuny płonącego miasta. Na krótko zostało ono odbite przez wojska niemieckie, by po dwóch dniach, 5 lutego ponownie trafić w objęcia Czerwonej Armii. Radzieccy zdobywcy postanowili zabawić się w Tolkmicku na całego, na wniosek kręcącego propagandowy film „z przebiegu ciężkich walk” operatora W. Mikosza, podpalili wszystkie skute lodem statki i łodzie stojące w porcie. Płonęły pięknie, języki ognia pełznąc po wysokich masztach strzelały aż pod niebo. I tak skończyła się era tolkmickich żaglowców, tych wyjątkowych Lomme, tylko jedna z nich, stacjonująca wtedy w Pilawie, o nazwie „Richard II”, zbudowana w roku 1912, przetrwała ów czas pogromu. Po ucieczce, pływała jednak tylko w Niemczech do roku 1968, do Tolkmicka nigdy nie wróciła.
Tak dobiegła końca pierwsza część opowieści Juliusza Marka, druga, podparta kolejnym filmem archiwalnym, dotyczyła już innej problematyki, pokazywała Tolkmicko i jego okolicę, głównie majątek Kadyny, w wątkach odnoszących się do lokalnych tradycji ceramicznych – cegielnianych i artystycznych. O tym jednak w następnej części naszej relacji.
Ps.
Każdemu, kto chciałby pogłębić swoją wiedzę o łodziach z Tolkmicka, o lomach i barkasach, o rybakach, a zwłaszcza nie znających strachu szyprach tworzących gildię „Dwunastu Apostołów”, polecamy lekturę następujących publikacji:
Justyna Kozłowska, O szwedzkiej kotwicy w Tolkmicku i tolkmickich „poławiaczach” głazów. W: Jantarowe Szlaki, Rok LI, Nr 3 (289), 2008.
Roman Zamyślewski, Lomy. Zapomniane żaglowce Żuław i Zalewu Wiślanego. Bydgoszcz 2021.
Dariusz Barton













