Fascynujące spotkanie z redaktorem Juliuszem Markiem czyli w Tolkmicku o Tolkmicku. Odsłona druga.
Drugi film był niemieckojęzycznym dokumentem opowiadającym o tradycjach ceramicznych w Tolkmicku i okolicach, głównie w Kadynach. Juliusz Marek odczytywał nam własny komentarz do prezentowanych kadrów, a odbiegając od ekranu opowiadał o działalności i osiągnięciach tolkmickich garncarzy, którzy tworzyli rozpoznawalny wizerunek miasta nazywanego od wykonywanego przez nich rzemiosła „miastem garncarzy” właśnie. Dawno temu co dziesiąta rodzina w Tolkmicku zajmowała się produkcją ceramiki, takiej zwykłej, zwanej „siwą” (bez glazury), używanej na co dzień, na którą składały się butelki, wazony, zastawa stołowa czy doniczki. Znajdywały one uznanie nie tylko na miejscu, o ich popularności świadczy fakt, że w XVIII stuleciu Rada Miasta Elbląga zakazała tolkmiczanom handlu tymi wyrobami, bo stanowiły zbyt dużą konkurencję wypierając z rynku elbląskie towary…
Zanim wniknęliśmy w temat ceramiczny zobaczyliśmy malowniczą, choć na filmie przedstawioną w wersji czarno-białej, okolicę rozciągającą się na zachód od Tolkmicka, gdzie na pagórkach pasły się konie rasy trakeńskiej. Hans Lehndorff, którego ojciec zarządzał najsłynniejszą hodowlą tych koni półkrwi, zlokalizowaną w Trakenach, napisał we wspomnieniach, że Prusy Wschodnie były krainą koni. Więc przez kilkadziesiąt sekund podziwialiśmy te piękne zwierzęta, kłusujące energicznie i dystyngowanie, w sposób niespotykany u innych ras, by w końcu zobaczyć ludzi – w kontraście – przygarbionych, pochylonych, przywiązanych do ciężkiej pracy w kadyńskiej cegielni. Widzieliśmy urobiska gliny, wydobywanie jej, transportowanie za pomocą wagoników-wywrotek poruszających się po torach, następnie proces wyrabiania i formowania gliny, cięcia jej, suszenia surówki i wypalania cegły w kręgowych piecach.
Tych cegielni nad Zalewem Wiślanym było w XIX stuleciu aż dwadzieścia, później liczba spadła do czternastu. Zlokalizowane były, poza Kadynami i Tolkmickiem, w Pęklewie, Suchaczu, Nadbrzeżu, Bogdańcu, Kamionku Wielkim, Łęczu i Jagodnie. Produkowano w nich ceramikę wysokiej jakości, wytrzymałą, stanowiącą solidny surowiec do budowy domów mieszkalnych i innych budynków, większość obiektów architektonicznych na tym terenie wzniesiono z tych materiałów. Dla przykładu w roku 1913 lokalne manufaktury wytworzyły 61 milionów cegieł, 6 milionów dachówek i 3 miliony rur drenażowych. Trudno sobie wyobrazić tę skalę, zwłaszcza dziś, gdy po cegielniach zostało tylko wspomnienie i ruiny dobrze kiedyś prosperujących zakładów (najlepiej zachowana dawna cegielnia znajduje się obecnie w Nadbrzeżu, jest zabytkiem, czymś w rodzaju skansenu).
W grudniu 1898 roku właścicielem majątku w Kadynach został król Prus i cesarz Rzeszy Niemieckiej – Wilhelm II Hohenzollern. Jak na wielkiego władcę przystało miał on wiele wspaniałych pomysłów, racjonalizatorskich i innowacyjnych, z którymi nie wypadało polemizować, otoczenie musiało je akceptować i realizować wyrażając aprobatę i pełny podziw dla wizjonerstwa przywódcy. Jedną z inicjatyw Wilhelma II był, wdrożony czym prędzej w życie, zamysł utworzenia na bazie starszej cegielni w Kadynach (zwanej cegielnią A), bo wybudowano również nową, usytuowaną bliżej wody (cegielnia B), zakładu majoliki artystycznej. Przeprowadzono pod kierunkiem Alberta Heinecke odpowiednie badania naukowe, które dowiodły racji cesarskiej, że tutejsze pokłady gliny jak najbardziej nadają się do tego typu artystycznej wytwórczości, opracowano recepturę, wzniesiono i wyposażono odpowiednią bazę, sprowadzono najlepszych niemieckich artystów i ceramików, i tak powstał słynny warsztat nazwany Królewską Wytwórnią Majoliki i Terakoty w Kadynach.
Po zakończeniu I wojny światowej, gdy cesarz abdykował i już się w letniej rezydencji nie pokazywał, ale nadal mieszkała tam jego rodzina, warsztat artystyczny funkcjonował w najlepsze pod światłym kierownictwem profesora Wilhelma Dietricha, z którym współpracował kierownik malarni Gustav Liedke oraz projektanci Hans Haffenrichter i Artur Steiner. Mogliśmy obserwować sprawną pracę Pana Profesora na kole garncarskim, napędzanym nogą, gdy z bryły odpowiednio spreparowanej masy kształtował idealne formy naczyń. Jeszcze bardziej pasjonujące było śledzenie procesu, w toku którego powstawały różne figurki, na przykład zwierząt, wytwarzane przez kadyńskich artystów. Zatem najpierw znowu ujrzeliśmy popasające na jasnych polanach trakeńskie konie, malarza szkicującego ich sylwetkę na białej kartce papieru, potem w pracowni powstawał model, na jego podstawie wykonywano gipsowe odlewy, dzielono sylwetkę na części, wypełniano masą lejną, powstawały fragmenty, które potem składano w całość, wypalano, polerowano, malowano i szkliwiono. Byliśmy tak zafascynowani obserwowaniem tego procesu, w trakcie którego powstawały nie tylko konie, ale również łosie, żubry i dziki, że zapomnieliśmy o całym otaczającym nas świecie.
Kadyńska majolika, o charakterystycznych wzorach i barwach, zalewała całą Europę, docierała do Elbląga, Królewca, Berlina, Hamburga i Stuttgartu, jej budowlane formy stosowano przy budowie stacji metra, mostów kolejowych (Tczew), kościołów czy kin, powstawały z niej piece i kominki. Natomiast wyroby stricte artystyczne, figurki, dzbany, patery, wazy, cukiernice, medale czy popielniczki trafiały w formie prezentów przekazywanych przez rodzinę cesarską do rąk dyplomatów, władców, polityków, dostojników kościelnych czy wysokich rangą wojskowych.
A w tym „złotym czasie” dla Kadyn w Tolkmicku, z dawien dawna „mieście garncarzy”, garncarstwo praktycznie zamarło. Trudno było w to uwierzyć i trudno było przejść nad tym smutnym faktem do porządku dziennego. Dlatego sam cesarz, jeszcze przed rokiem 1914, nosząc się z myślą założenia drugiego zakładu majoliki artystycznej, wysłał kilku zdolnych tolkmiczan na praktykę do Bolesławca; był wśród nich Franz Zimmermann, zwany „Bunzlauer” (od Bunzalu – Bolesławiec), który otworzył swój warsztat przy Turmstraße 16 (dzisiaj Nadbrzeżna). Drugim okazał się Franz Seeger pracujący przy ulicy Fromborskiej (dzisiaj ulica Szkolna), ponadto wymieniano jeszcze nazwiska: Dobschinski, Ellerwald i Ewart. Mimo wszystko pomysł Wilhelma II nie powiódł się. Powrócił do niego po latach burmistrz Tolkmicka Bernard Schlie, który w roku 1935 wybudował manufakturę nazwaną „Tolkemiter Erde” („Ziemia Tolkmicka”) przy Haffenstraße (dzisiaj Świętojańska). Jednak firma kulała, nie potrafiła złapać wiatru w żagle. Dopiero, gdy jej zarządzaniem zajął się kupiec z Hamburga, August Caspritz, nie mający wprawdzie pojęcia o garncarstwie, ale posiadający talenty biznesowe i marketingowe, miejscowy warsztat ceramiki artystycznej zaczął dobrze prosperować, a nawet przeżywać okres rozkwitu. Zakład zatrudniał ponad 60 osób, w większości kobiet, dorobił się własnego stylu czerpiącego z lokalnej tradycji, wzornictwa i kolorystyki, łączonych z nowoczesnym trendem nawiązującym do stylistyki Art. Deco. Jak napisała Weronika Wojnowska w komentarzu do wystawy czasowej eksponowanej kilka lat temu w Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku „ […] tradycyjnym formom naczyń towarzyszyła dekoracja malarska, na którą składały się motywy zdobnicze zaczerpnięte z miejscowej flory i fauny, lub popularne tu od wieków żłobki dookolne czy linie faliste. Najczęściej stosowano polewę w kolorze kości słoniowej, beżowym, brązowym, zielonym, niebieskim, szarym lub czarnym. Dekorację malowano w kolorach niebieskim, zielonym lub brązowym. Wszystkie naczynia wykonywano tradycyjną techniką, przy pomocy koła garncarskiego, a malaturę nanoszono ręcznie. Wyroby sygnowano wyciskanym w masie herbem Tolkmicka (trójliść dębu) z napisem „Tolkemiter Erde”. Znakowi towarzyszył napis „Ostdeutsche Handarbeit” lub „Ostdeutsche handgemalt” […]”. Artystyczna ceramika z Tolkmicka nigdy nie osiągnęła tej rangi, sławy i materialnej, kolekcjonerskiej wartości, co kadyńska, jednak miała swoją markę, o czym świadczy fakt jej prezentacji na wystawie sztuki w Lipsku w roku 1943.
Opowieść o „mieście garncarzy”, gdzie w latach 1740-1945 odnotowano w dokumentach działalność 183 mistrzów garncarstwa, rozwijających swoje rzemiosło we wschodniej części Tolkmicka, w okolicach ulicy Fromborskiej, przy której eksponowano i sprzedawano miejscowe wyroby ceramiczne, troszeczkę nas zasmuciła, zmusiła do posępnej refleksji. Najpierw dowiedzieliśmy się o przepadku całej tolkmickiej floty rybackiej i frachtowej, później okazało się, że utracono tu również cały dorobek związany z wymagającą tak wielkiej zręczności i talentów umiejętnością produkcji oryginalnych wyrobów ceramicznych. Tolkmicko, które dzisiaj znamy, trochę senne, pustawe, nawiedzane przez powodzie, przeżywało w sowich dziejach momenty wzniosłe, napawające mieszkańców dumą i radością, ale po czasie wszystko ginęło, przepadało, zostawiając po sobie tylko ból i nostalgię. A samymi wspomnieniami żyć przecież nie można, czekamy kiedy i w jaki sposób, dzięki jakim inicjatywom, miasto znowu odnajdzie właściwy kurs i zacznie przeżywać czasy rozkwitu. Może nadzieja tkwi w młodzieży, która razem z nami słuchała fantastycznych opowieści prezentowanych przez redaktora Juliusza Marka w słowach i na ekranie.
Może inspiracją dla tych młodych ludzi stanie się ostatnia odsłona naszego spotkania, najbardziej chyba zdumiewająca i inspirująca do osiągania w przyszłości wielkich celów. Otóż okazało się, że w przeszłości Tolkmicko miało też swój Hollywood !!! Ale o tym napiszemy w ostatniej relacji.
Dariusz Barton
















